14.03.2015

10. Robot.

" My universe will never be the same
I'm glad you came"*

       Gwałtownie uniosłam się na łóżku do pozycji półsiedzącej, kiedy poczułam na brzuchu ciężar, utrudniający mi oddychanie. Tylko z powodu braku tlenu, nie krzyknęłam z bólu, o jaki przyprawiła mnie Jullie, która wpadła na genialny pomysł, by wyrwać mnie ze snu, rzucając się na mnie. Otworzyłam oczy, błagając w duchu dziewczynkę, żeby ze mnie zeszła. Przerzuciłam błagalny wzrok na Alex z rozbawieniem przyglądającej się całej sytuacji.- Wstawaj, Bonnie! Są urodziny Nialla, musimy dać mu prezent! - krzyczała dziewczynka, leżąc na mnie.
- Okay, już wstaję, przysięgam! - wydusiłam, zdolna zrobić wszystko, byleby tylko ten mały blond diabeł wreszcie ze mnie zszedł.
      Jullie zgramoliła się z mojego łóżka, a ja szybko podążyłam w jej ślady, nie chcąc by znów na mnie skoczyła. Posłałam Alex wrogie spojrzenie i udałam się do szafy. Bynajmniej nie zamierzałam brać przykładu z sióstr chłopaka i pokazywać mu się w piżamie.
- Och, tylko szybko - poleciła mi siedmiolatka, kiedy kierowałam się w stronę łazienki.
- Wiesz, Jullie, bardzo mi przykro, że dziś wracasz do domu, ale obiecuję, następnym razem zgotuję ci podobną pobudkę - odparłam mściwym tonem, lecz chyba nie udało mi się jej przestraszyć, bo sekundę później wyszczerzyła w uśmiechu nierówne mleczaki.

- Nie, ja tam nie idę - powiedziałam pewnie po wyjściu z łazienki. Prysznic rozbudził mój umysł i nie wyobrażałam sobie wtargnięcia z dziewczynami do sypialni Nialla. Owszem, może i taka pobudka byłaby urocza, ale nie z moim udziałem. Bądźmy szczerzy, byłam dla niego obcą osobą.
- Idziesz! A jak nie, to powiem mu, że się w nim zakochałaś! - odparła pewnym głosem Jullie, krzyżując ręce na piersiach.
- Alex, rośnie wam szantażystka. Jullie, poza przedszkolem takie sztuczki nie działają, wymyśl coś innego. - Arogancko się uśmiechnęłam, lecz zaraz przestałam, kiedy zauważyłam w oczach dziewczynki łzy. - Och, dajcie spokój! Przecież ja go ledwie znam.
- Ale z ciebie wstydziocha! - Alex przysiadła obok mnie i lekko mnie trąciła, poruszając wymownie brwiami, kiedy na nią spojrzałam.
- Nazywaj to jak chcesz - odparłam spokojnym tonem, nie zamierzając dać się sprowokować.
- Okay, Bonnie, zrobimy tak, my go budzimy, a ty trzymasz prezent, nie będziesz musiała się na niego rzucać.
- Proszę? Że co ja miałam zrobić?
- Nieważne, chodź, idziemy! - powiedziała i pociągnęła mnie za rękę, zaraz pojawiła się Jullie i zaczęła ciągnąć mnie za drugą.
- Och, nie możecie po prostu iść beze mnie? - zaproponowałam, choć wiedziałam, że nie odpuszczą.
- Nie! - wydarła mi się do ucha dziewczynka.
       Jęknęłam niezadowolona i wstałam.

       Mimo, że nie podobał mi się taki obrót spraw i byłam speszona tą sytuacją, nie mogłam się nie uśmiechnąć, widząc jak młodsza siostra Nialla z ostrożnością zakrada się do jego pokoju. Delikatnie naparła na klamkę i uchyliła drzwi, po czym rozbiegła się i rzuciła na chłopaka. Alex poszła w jej ślady, a ja nadal stałam w progu, ściskając w rękach zapakowany prezent.
- Jezu! - ryknął, gwałtownie wybudzony ze snu blondyn.
- Sto lat! - zawołała Jullie, mocno obejmując rękoma szyję Nialla i coś mu podając. Alex odwróciła się do mnie i machnęła na mnie głową, dając znak bym podeszła, co niepewnie uczyniłam
- Wow, dzięki Jullie! - odparł szczerze rozradowany chłopak, przyglądając się rysunkowi.
- Zdrówka, braciszku! - dodała Alex, obejmując go.
       Mocno ją uścisnął, po czym skierował swój wzrok na mnie, przez co uznałam, że muszę się odezwać.
- Ehm... wszystkiego najlepszego - powiedziałam, podając mu prezent. Nie da się wyrazić słowami, jak niezręcznie czułam się, kiedy mnie przytulił, ale całe szczęście, nie trwało to długo.
- Niall, nie pogniewasz się, jak pojadę dziś z Lou do kina? - zapytała niepewnie Alex. A to nowość, nic mi o tym nie powiedziała.
- Nie, pewnie, że nie. - Uśmiechnął się, ale nie byłam przekonana co do tego, czy był to szczery uśmiech.

       Cały poranek spędziliśmy na bawieniu się z Jullie. Od uderzenia w ramę łóżka, głowa bolała mnie przez dobrą godzinę, ale cóż, moją reakcją na widok pająka jest paniczna ucieczka, która nie jest łatwa, kiedy ukrywasz się pod łóżkiem przed szukającą cię Alex. Jedyną osobą, która wydawała się tęsknić za rodzicami, była Jullie, dlatego ruszyła do drzwi biegiem, gdy w domu rozległo się pukanie do drzwi. Reakcja jej rodzeństwa była natomiast przeciwna, westchnęli wiedząc, że odwiedziny ich młodszej siostry dobiegają końca.
       Szatynka wydawała się sympatyczną kobietą, ale jednocześnie sprawiała wrażenie zmartwionej. Najpierw uścisnęła najmłodszą córkę, a potem chciała to uczynić z pozostałą dwójką dzieci, ale tylko Niall do niej podszedł.
- Mamo, a gdzie jest tata? - zapytała zaniepokojona Alex.
- Nie mógł przyjechać, miał jakąś konferencję... - zaczęła, ale blondynka widocznie nie chciała tego słuchać.
- Jasne - warknęła, choć to chyba Niall powinien być w tej sytuacji tym zawiedzionym. Wyszła do kuchni, a ja stojąc w korytarzu, czułam się bardzo niezręcznie.
- Ty musisz być Bonnie, miło mi cię poznać. - Matka rodzeństwa wymusiła uśmiech i uścisnęłyśmy sobie dłonie.
- Mi panią również.

       Tylko Jullie, ciesząca się z obecności tak wielu ważnych dla niej osób, sprawiała, że przy obiedzie nie czułam się jak na pogrzebie. Panowała zupełnie inna atmosfera niż wczoraj. Niall był przygaszony, Alex nie ukrywała swojej złości, a ich babcia również była wyraźnie przygnębiona. Pani Horan chciała spędzić trochę czasu z dziećmi, dlatego też na siłę prowadziła rozmowę, na którą nikt nie miał ochoty, czasem pytając o coś mnie, aż w końcu wyjechała, zabierając ze sobą Jullie i tym samym pozostawiając w domu niezwykłą pustkę. Niedługo potem sami pożegnaliśmy babcię Horanów i ruszyliśmy w drogę powrotną. Alex chciała zrezygnować ze spotkania z Lou, bo nie chciała zostawiać Nialla samego, ale powiedział jej, że wszystko jest okay i może jechać, a blondynki nie trzeba było długo przekonywać. Podwiózł ją pod dom przyjaciela, a potem w niezręcznej ciszy pojechaliśmy w stronę mojej ulicy. Dopiero, kiedy zatrzymał auto pod moim domem, ośmieliłam się zapytać o to, o czym myślałam całą drogę.
- Może wejdziesz? Albo pójdziemy do kina czy coś... - zaczęłam nieśmiało, na co chłopak się uśmiechnął.
- Bonnie, miło mi, że nie chcesz, żebym czuł się jak śmieć we własne urodziny, ale nie mam zamiaru cię wykorzystywać tylko dlatego, że wszyscy inni mnie olali - odparł, patrząc przed siebie i wymuszając na ustach uśmiech.
- Emm... nie czuję się wykorzystywana - zaprzeczyłam, nie mając pojęcia skąd w ogóle wpadł na ten pomysł.
- Przepraszam, ale twój głos nie brzmiał entuzjastycznie - zaśmiał się.
- Wiesz, Niall. W gruncie rzeczy, jesteśmy odmiennej płci, nie znamy się zbyt dobrze. Lubię cię i nie chcę, żebyś czuł się źle, ale jednocześnie nie chciałam, żebyś pomyślał, że zapraszam cię na randkę czy coś - odparłam, czując jak rumienią się moje policzki, po czym spojrzałam na chłopaka, który uważnie mi się przyglądał. Przez chwilę po prostu na siebie patrzeliśmy, po czym Niall naprawdę szczerze się roześmiał.
- Cześć - powiedziałam, udając obrażoną, choć rzeczywiście czułam się nieco urażona i otworzyłam drzwiczki samochodu.
- Nie, poczekaj, przepraszam - odparł, próbując opanować śmiech. Pochylił się nad moimi kolanami i zatrzasnął drzwiczki z powrotem. - W takim razie, zostajesz ze mną - dodał i przekręcił kluczyk w stacyjce.
- Teraz już nie mam ochoty! - zaoponowałam.
- Dobrze, wygląda więc na to, że cię porywam - odpowiedział, uśmiechając się i ruszył z podjazdu.
       Pożałowałam swoich słów, teraz czułam się naprawdę niezręcznie.
- Bonnie - zaczął nagle, kiedy zjeżdżaliśmy na jakiś parking.
- Hmm? - odmruknęłam tylko.
- Przepraszam, nie powinienem się śmiać, ale nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogłabyś mnie zaprosić na randkę czy coś - zapytał, znów tracąc powagę, kiedy na końcu zdania używał moich własnych słów.
       Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć, dlatego tylko na niego patrzyłam.
- Nie znam cię za dobrze, ale jesteś taka zamknięta w sobie... to naprawdę wydaje się niemożliwe... i uroczo się tłumaczyłaś - odparł i zaparkował auto pod jakimś marketem.

       Chwilę później krążyliśmy między półkami, aż doszliśmy do działu ze słodyczami.
- Okay, Bonnie, pakuj na co masz ochotę - powiedział, zapatrzony w paczki z żelkami i zaraz zaczął je wrzucać do koszyka, który trzymałam. Parę chwil później niósł go Niall, bo mi odpadały ręce, po tym jak wrzucił do niego kilka napoi, a potem obszedł jeszcze raz cały sklep, wkładając orzeszki, chipsy i inne spożywcze produkty, o których istnieniu wcześniej nawet nie miałam pojęcia.
- Niall... to ma terminy ważności - wtrąciłam, kiedy sięgał po kolejną czekoladę.
- Bonnie - zaczął, patrząc mi w oczy i podchodząc bliżej. - To moje urodziny i zamierzam je spędzić z moją miłością - dodał poważnym tonem, po czym uniósł czekoladę prosto przed moje oczy. - Z jedzeniem - dokończył.
- Obawiam się, że nie zdołasz świętować swoich urodzin ze wszystkimi tymi miłościami. Mogą czuć się urażone - odparłam poważnym tonem, zerkając wymownie na niesiony przez chłopaka, wypchany po brzegi, niebieski koszyk.
- Bonnie, nie znasz moich możliwości. - Uśmiechnął się, po czym ruszyliśmy do kasy.
       Sprzedawca patrzył na nas jak na wariatów, lecz nic nie powiedział.

- Okay, mam Monopoly, Chińczyka i jakieś puzzle, co robimy? - zapytał Niall, siadając z pudełkami na podłodze, gdzie pomiędzy wszelakim jedzeniem, siedziałam ja.
- Twoje urodziny, wybieraj - odparłam.
- Jesteś kobietą, wybieraj
- Jestem za równouprawnieniem w tym przypadku.
- W tym przypadku? - zapytał, unosząc jedną brew.
- Tak, Niall, nie marudź i wybieraj.
- Cóż, w Monopoly trzeba myśleć, więc mi się nie chce, to samo jeśli chodzi o Chińczyka, a puzzli mam dość po ostatnim pobycie w twoim domu. Pograjmy w kalambury! - zawołał wesoło.
      Zastanawiałam się czy jego pomysł kwalifikuje się jeszcze pod urodzinową taryfę ulgową.
- Okay, widzę, że nie chcesz. W sumie, to jednak mi też się nie chce.
- Przystanę na kalambury, ale rysowane, nie będę się wydurniać.
- Okay!
      Zapomniałam tylko, że nie potrafię rysować.

- Bonnie, przyznam, że to mi przypomina tylko jedno - powiedział Niall uważnie przyglądając się mojemu rysunkowi pustyni. - Mówiłaś, że to miejsce. Miałaś na myśli miejsce na ciele?
      Szturchnęłam go w ramię.
- Poddaje się.
- To jest pustynia! - zawołałam, oburzona tym, że nie odgadł mojego rysunku.
- Pustynia? Serio? To nie-powiem-co-przypominające to jest pustynia? - zapytał, wskazując na narysowanego przeze mnie kaktusa.
- To jest kaktus!
- Po co rysowałaś kaktusa?
- Narysowałam prostą kreskę, oddzielającą niebo od piasku, nie moja wina, że jesteś zbyt tępy, żeby domyślić się, że to była pustynia. Chciałam cię kaktusem naprowadzić!
- Kaktusem - zaczął z powątpiewaniem w głosie - chyba kut... - Całe szczęście nie dokończył zdania. - To nie wygląda jak kaktus!
- Dla mnie wygląda.
- Zapytamy Alex jak wróci.
- Okay.

       Wbrew moim obawom, kilka godzin z Niallem minęło w błyskawicznym tempie i czułam się w jego towarzystwie naprawdę dobrze. Nie myślałam o problemach i wcale nie musiałam wkładać w to większego wysiłku. Alex była dość zaskoczona, kiedy wróciła i zobaczyła mnie u siebie w domu, ale ze względu na towarzyszącego jej Louisa, w żaden sposób tego nie skomentowała. Szatyn miał jakąś sprawę do Nialla, dlatego też został w domu, kiedy Niall mnie odwoził. Moja komórka co chwilę wibrowała, Alex zasypywała mnie o sms-ami. Byłam jednak zbyt wykończona, by mówić jej o czymkolwiek, a Alex nie należała do dziewczyn, które szybko odpuszczały. Musiałabym opowiedzieć jej wszystko ze szczegółami, a nie miałam na to ani siły, ani ochoty.
- Dziękuję, Bonnie. Sprawiłaś, że ten dzień nie był aż tak tragiczny, na jaki się zapowiadał - powiedział, spoglądając na mnie. Zaraz się roześmiał, kiedy zobaczył moją minę.
- No wielkie dzięki - odparłam urażona.
       Podrapał się po głowie, chyba nie wiedząc, co ma odpowiedzieć.
- Wiesz, nie to miałem na myśli. Naprawdę dobrze się z tobą bawiłem, ale to nie zmienia faktu, że popołudnie u babci nie było ciekawe - wytłumaczył, ściszając głos.
- Przykro ci, że twój tata nie przyjechał? - Bardziej stwierdziłam, niż zapytałam.
- Mogłem się tego spodziewać - uciął.
- Rozumiem. To... do zobaczenia kiedyś tam. - Wymacałam ręką klamkę i wyszłam z auta.
- Cześć - odpowiedział z uśmiechem, kiedy zamykałam drzwiczki.
         Mój dobry nastrój prysł natychmiast, gdy tylko weszłam do pustego domu. Mama była w pracy, a Bruna... Bruna miałam już nigdy nie zobaczyć. Oparłam się plecami o drzwi, znów rozmyślając nad tym, co ostatnio stało się z moim życiem. Wiedziałam jednak, że niczego nie cofnę. Musiałam się pogodzić z obecnym stanem rzeczy, lecz kompletnie nie wiedziałam jak mam to zrobić. Teraz bałam się nawet pomyśleć, że powoli jakoś udaje mi się wrócić do normalności. Bałam się, że jeśli tak pomyślę, znów otrzymam od życia jakiś cios. Jakby jakiś niewidzialny strażnik, chodził za mną i czytał w moich myślach, sprawdzając, czy aby nie jestem za nadto szczęśliwa, a kiedy uważał, że tak właśnie jest, zsyłał na mnie kolejne tragedie. Czułam się, jak królik doświadczalny, na którym testowano ile cierpienia jest zdolny znieść człowiek. A ja nie byłam już do tego zdolna. Byłam jak robot, który nie dopuszczał do siebie żadnych emocji. Ani dobrych ani złych.

*"Glad you came" ~ The Wanted

~*~
Witam!
Przepraszam za taką długą przerwę, ale chciałam dodać rozdział dopiero wtedy, kiedy narobię sobie kolejnego zapasu. Niestety przez chorobę, szkołę, zamieszanie związane z moimi praktykami we Włoszech i pewnego kogoś, kto mi troszkę namieszał w życiu (taki żal, że nawet nie powinnam się do tego przyznawać, lol), nie napisałam przez ten miesiąc słowa. Choroba jednak odchodzi, nie mam już takiej męki w szkole, papiery do praktyk załatwione, a i owa utrudniająca mi myślenie osoba znikła, więc przewiduję poprawę i myślę, że następny rozdział pojawi się szybciej, lecz nic nie obiecuję :) 
Dziękuję serdecznie za komentarze :)
Do napisania :) xx
PS: Kilka osób zastanawiało się skąd się "znam na koniach". Będąc na wycieczce w górach jakieś trzy lata temu, miałam okazję być również w stadninie. Pani nam tam trochę opowiadała, a mam taki fajny mózg, który takich przeżyć nie zapomina, stąd to wszystko wiedziałam :D Fajnie się jeździ na koniu, tylko trochę strach, że się zleci, bo to takie dość niestabilne siedzenie :D

2 komentarze:

  1. Zdrówka! Wyzdrowiej i pisz kolejne wspaniałe rozdziały, bo naprawdę masz dar! Ten jest cudowny i mam nadzieję, że już niedługo pomiędzy Bonnie i Niall'em będzie coś więcej. Nie mogę się doczekać następnego. xx

    OdpowiedzUsuń
  2. Niall i Bonnie (serio, Bonnie?) są tacy uroczy :') Kalambury przypomniały mi nasze przesiadywanie na kurniku, ach ten kaktus był taki w Twoim stylu. Prawie jak gorączkowy wieczór Annie! No i weź potem pamiętaj, że ona ma na imię Bonnie. Chciałabym iść na takie słodyczowe zakupy z Niallem. Pewnie padłabym po jednej paczce żelek, ale to i tak wygląda fajnie. Lol. Fajny ten Niall :)

    OdpowiedzUsuń